W 2017 roku minęło 70 lat od zastrzelenia córki sołtysa wsi Dębno, przez Jana Totha „Mewę” i jego czterech podwładnych. Napisałem o tym artykuł. Zdecydowałem, że trzeba go napisać, gdy przeczytałem opis tego zdarzenia w książce: Irena Kozimala, Żołnierze Wyklęci. Z dziejów partyzantki antykomunistycznej w powiecie przeworskim 1944-1956, Przeworsk 2016.
Autorka zarzuca sołtysowi, że współpracował z nową władzą, donosił na oddział „Mewy” i z tego powodu chłopcy przyszli mu „sprawić lanie”. Ani słowa ubolewania nad tym, że zabili młodą dziewczynę, której temat zupełnie nie dotyczył. Co ciekawe autorka informuje, że ten sołtys był Ukraińcem.
W rzeczywistości nie ma żadnych dowodów na to, że sołtys był donosicielem. Wręcz przeciwnie, „Mewa” przyszedł do sołtysa „załatwić” prywatne porachunki. Nie znalazł go, więc pobił pistoletem po głowie i skopał jego żonę, zastrzelił córkę i okradł mu dom. Sołtys nie był Ukraińcem. Była to polska wieś, w większości zamieszkała przez repatriantów ze wschodu. Czy tam w 1947 r. sołtysem mógł być Ukrainiec?
Dla porównania wrzucam fragment ze wspomnianej książki, w którym autorka „pięknie” opisuje „bohaterski” czyn oddziału Jana Totha „Mewy”.
PS Autorka błędnie podaję datę wydarzenia, doszło do niego w 1947 r.
Mariusz Moszkowicz